Miłość od pierwszego spojrzenia, czyli historia mojego porodu.



Zabierałam się do napisania tego posta już od pierwszego dnia, który spędziłam w domu. Jednak było 'zawsze coś', a dodatkowo moja mama miała do wczoraj urlop, tak więc czas spędziliśmy aktywnie. Wprawdzie do notki zabieram się od rana, jednak Młody najwidoczniej spać dzisiaj nie chcę, bo przecież z mamą jest tak fajnie.
Pisałam Wam o tym jak wylądowałam na oddziale patologii ciąży. W poniedziałek miała być podjęta decyzja co ze mną zrobią, jednak takowa oczywiście nie padła. Chyba nie powinnam być zdziwiona? Dopiero podczas wtorkowego obchodu docent zwrócił uwagę na dość niski puls Kamila. Wtedy też powiedział, że jutro amnioskopia, na następny dzień test oksytocynowy a dopiero kolejny wywoływanie porodu - "Nieźle!"- pomyślałam wtedy. Wiedziałam, że zapewne z tydzień tak sobie jeszcze poleżę i będę bezczynnie czekać. Wszystko przekładali na kolejne dni. Jednak podczas środowego obchodu padła nagła decyzja, że dzisiaj na porodówkę i najpierw będą mi zakładać cewnik Foleya, a później oksytocyna. Powiem szczerze, że byłam w niemałym szoku. Byłam podekscytowana, jednak bałam się, że te metody indukcji porodu na mnie nie zadziałają. Położna powiedziała mi jednak po chwili, że docent wraz z profesorem zadecydowali, że poród jest do skończenia dzisiaj, tak więc jak te metody nie zadziałają to cesarka.
O godzinie 10 byłam na porodówce. Podpięli mnie pod ktg. Pół godziny później założyli mi ten nieszczęsny cewnik. (samo cewnikowanie nie boli, jednak lekarz który to robił był tak wyjątkowo niedelikatny, że po całym tym 'zabiegu' miałam ochotę płakać i prosiłam, aby to była najmniej miła część tego całego porodu). Cewnik miałam przez około 5 godzin. Nie było żadnych rezultatów. Później oksytocyna. Miałam ją mieć do 21. Hormon miłość nie zadziałał. Śmiałam się do lekarza, że większe skurcze mam po pomyciu podłóg w domu. Wtedy to też miałam iść od razu na stół do cięcia- musiałam jednak poczekać na tę 'przyjemność' do godziny 1 w nocy.
Duże plusy szpitala w którym rodziłam, to to, że wykonują cewnikowanie po znieczuleniu. Początkowo czułam się wręcz rewelacyjnie. Miałam świetnych anestezjologów na sali, z którymi żartowałam. To samo z lekarzami. Było wręcz zabawnie - o ile tak można nazwać poważna operację. Moment w którym wyciągnęli mi z brzucha Kamila był tak dziwny (inaczej go nie mogę określić), że sama przez chwilę nie wiedziałam co się dzieje. Czułam tyle uczuć na raz - szczęście, smutek, energię, po chwili brak sił. Uczucia przeplatały się na przemian. Mój smutek i wielki niepokój wzbudził fakt, że od razu jak tylko go wyjęli to zaczął się robić na sali wielki harmider- dopiero później się dowiedziałam, że doszło u mnie do krwotoku. Pierwsza myśl- coś z Kamilem. Z jednej strony otwierałam usta, aby spytać lekarzy co się dzieje, z drugiej nie miałam kogo zapytać, bo wszyscy latali po tej sali. Dodatkowo czułam jakbym traciła wszelkie siły. Po chwili przynieśli mojego synka owiniętego w kocyki. Czułam mrowienie w rękach przez znieczulenie i ledwo byłam w stanie je podnieść aby pogładzić go po policzku. Pani położna przysunęła mi go bliżej i wtedy mogłam nacieszyć się pierwszą bliskością. Po chwili pani mi go zabrała a ja poczułam pustkę. Czułam się tak słabo, jakby z minuty na minutę opuszczała mnie energia, dodatkowo taka pustka, że chcę być przy moim dziecku. Pani anestezjolog puściła radio - ( chyba aby pobudzić lekarzy, bo przez to, że był środek nocy wszyscy marzyli aby skończyć tę operację). I tego po prostu nigdy nie zapomnę. Muzyka tak głośno grała, a ja poczułam jak wracają mi siły. Poczułam, że muszę być silna. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to coś ze mną było nie tak. Cały czas po głowie chodziły mi czarne scenariusze. Jednak wiedziałam jedno- cokolwiek to będzie nie poddam się! Teraz utwór "To już jest koniec" na zawsze będzie mi przypominał tę salę operacyjną i dzień w którym urodził się mój Kamil.
Po zszyciu przewieźli mnie na salę pooperacyjną. Kolejny duży plus szpitala w którym leżałam, to to, że mogłam mieć Młodego zaraz przy sobie. O godzinie 2 byłam na sali, a dosłownie pięć minut później Kamil leżał wtulony w moją pierś. Było to naprawdę fantastyczne, czułam wielki komfort psychiczny, że mam go przy sobie, ale że we wszystkim pomogą mi położne. I trafiłam na akurat świetne położne, które bardzo mi pomogły. Udało mi się wtedy pierwszy raz przystawić syna do piersi, z czego byłam niesamowicie dumna. Po jakimś czasie przyszedł na salę lekarz który mnie ciął i usłyszałam od położnej tylko - "O jeju! To niedobrze! Powiem jej to"- i wtedy moje myśli ponowie wróciły, że coś jest nie tak. Słabym głosem spytałam położną co się dzieje, czy z Kamilem wszystko w porządku. Wtedy też dowiedziałam się, że miałam żylaki na macicy i straciłam bardzo dużo krwi, dodatkowo macica nie chciała się obkurczać i musieli mi podać bardzo silne leki. Powiem Wam, że nie pamiętam kiedy doznałam tak wielkiej ulgi.
O godzinie 3 czułam już całe ciało- a nawet i wcześniej. Dziewczyny które miały cesarki przede mną nic nie czuły a ja stety i niestety wszystko. Usiadłam o godzinie 6, a wstałam o 9. Położna chciała abym leżała dłużej niż powinnam, przez utratę krwi, jednak nie potrafiłam. Jak tylko miałam Młodego przy sobie doznałam takiego zastrzyku energii i pomimo tego rozrywającego bólu przy siadaniu, czy wstawaniu wiedziałam, że nie mogę się poddać. Około 11 przyszła moja babcia, która pomogła mi się wykąpać. A o 16 tego samego dnia byłam już na zwykłej sali. Powiem, Wam że nawet nie zdawałam sobie sprawy, że moje wstanie było tak szybkie. Wydawało mi się, że to normalne. Do wieczora w szpitalu była moja mama, która bardzo dużo mi pomogła. Później zostałam na noc sama z Kamilem. Pomimo, że był wtedy marudny, że co się położyłam to się budził, że wstawanie w dzień operacji jest niesamowicie bolesne, to naprawdę przy tym zastrzyku energii nie wyobrażam sobie inaczej. Tej nocy mogłam już zrobić wszystko przy Młodym- nosiłam go, karmiłam, przewijałam. Drugiego dnia była już znaczna poprawa mojego stanu. Wstawanie było o wiele prostsze. Pod koniec trzeciego dnia odstawiłam już przeciwbólowe, bo ból był do wytrzymania.
Mieliśmy wyjść na czwarta dobę, jednak Młody załapał żółtaczkę i musiał być naświetlany. Całe szczęście, że bilirubina po całonocnym naświetlaniu mu spadła, bo nie wyobrażam sobie powtórki z tej nocy. To była zdecydowanie najcięższa noc- mój synek w tych przeklętych okularkach pod tymi lampami, co chwila się denerwował, nie mógł spać, chciał na ręce, a to zjeść, a to kupa. Jednak jak przyszły wyniki, że już jest w normie poczułam jak kamień spada mi z serca.
I tak oto wróciliśmy tego samego dnia do domu. Młody wypis dostał, ja musiałam wyjść na żądanie (lekarze od dwóch dni zapewniali że będę mogła wyjść, kiedy to w dzień wypisu stwierdzili, że jednak nie, bo przecież wysoka anemia, że mogę zasłabnąć). Ale czułam się tak świetnie, że stwierdziłam ,że przyjmę to to ryzyko. Tym bardziej, że w szpitalu byłam zdana na własną łaskę, nikt mi przy dziecku nie pomagał. Jedyna różnica to taka, że przychodzili z lekami - które notabene mogę zażywać w domu.

Dzisiaj jest 12 dni od mojego porodu, a ja czuję się jakbym w ogóle tej cesarki nie miała. Oczywiście brzuch obwisły, wielki, ale to jest normalne. Jednak fizycznie jest świetnie. Śmiałam się, że moje ciało chyba jest stworzone do cesarki. Albo to siła świadomości zrobiła swoje- wiedza, że jestem sama i muszę sobie poradzić, nie dla mnie, ale dla mojego dziecka, wygrała.

Kamil urodził się nie taki duży jak mówili, że będzie. Mierzył 53cm i ważył 3450kg. Za każdym razem kiedy mnie budzi w nocy do jedzenia, i kiedy mam ochotę pospać i czuję to całe zmęczenie- wszystko po chwili mija. Patrzę na niego i wiem, że to mój mały Skarb, moja mała Motywacja, dla której aż chce się żyć.

Share this:

CONVERSATION

41 comments:

  1. Ale super, że miałaś Kamila od razu ze sobą. U mnie tego zabrakło (Brochów). Teraz będę mądrzejsza i się wszystkiego wypytam przed następnym porodem.
    A Ty uważaj jeszcze na siebie, cesarki potrafią niemiło zaskoczyć po jakimś czasie ;) Tym bardziej, że miałaś takie problemy. Dobrze, że wróciłaś do sił szybko :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Była na sali taka kobieta, która własnie miała druga cesarkę, to mówiła że pierwsza była o niebo lepsza niż ta druga.
      Miałam jechać na Brochów, ale w ostatnim momencie zadecydowałam że Borowska, bo tam mają bardzo dobrą patologię ciąży. I naprawdę bardzo się cieszę, że tak zadecydowałam, bo byłam mile zaskoczona :D

      Delete
  2. Cieszę się, że wszystko dobrze się skończyło :) Niech Mały rośnie zdrowo, a Ty szybko wracaj do sił :)

    ReplyDelete
  3. Nie wiadomo skąd mamy biorą tyle energii dla swoich dzieci, ale jest to naprawdę niesamowite :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. To prawda! Tym bardziej, że zawsze mi sie wydawało że mam niski prób bólu i, że po takiej operacji będę wołać o pomstę do nieba. A tutaj taka energia spowodowana kilkoma kg szczęścia ;)

      Delete
  4. Aż mi się łezka w oku zakręciła podczas czytania Twojego posta...Boże!!! Jakie kobiety to wspaniałe istoty!!! Jakie są dzielne!!! Dużo przeszłaś, ale dobrze że wszystko się dobrze skończyło :)

    Pozdrawiam
    Kasia

    ReplyDelete
    Replies
    1. To prawda :) Nie wyobrażam sobie mężczyzn w tej roli ;)

      Delete
  5. Kochana też dużo przeszłaś podczas porodu no ale wiadomo, że warto. Zazdroszczę tego, że pamiętasz moment wyjęcia synka i uczucia które temu towarzyszyły ja niestety nie wiem nic i to mnie boli:( a jak czujesz się teraz? jak blizna?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Blizna jest ale taka mała, że od razu po porodzie wyglądała rewelacyjnie. Lekarz sie postarał ;) Teraz to czuję się świetnie.
      To przykre, że nie udało się Ciebie znieczulić tak jak powinni. Ja rozmawiałam z dziewczyną która znieczulenie ogólne chciała mieć od razu, bo się bała być świadoma. a jedna ten pierwszy kontakt jest tak niesamowicie ważny i zapadający w pamięć

      Delete
  6. Też będę mieć cesarkę i nie wiem jaki szpital wybrać. W jakim rodzilaś? Pokazywali Ci jak przewijać maleństwo itp? Nigdy nie miałam do czynienia z noworodkami i będę potrzebowała pomocy przy przewijaniu i karmieniu, a czytając Twój post musiałaś robić wszystko sama i zaczynam się tego obawiać.
    Już prawie 2 tyg. jesteście razem. Niesamowicie szybko ten czas mija. Podziwiam Cię że masz tyle energii i że tak świetnie dajesz sobie radę. :) Dużo zdrówka Wam życzę bo pogoda coraz gorsza i o przeziębienie nie trudno :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ja rodziłam na Borowskiej we Wrocławiu i mogę jak najbardziej polecić :)
      Ja akurat miałam młodszego brata tak więc przewijanie już poszło u m. nie bardzo łatwo. Ale położne pokazywały i uczyły jak przewijać. Pomagały też przystawiać do piersi. Na Borowskiej jest również położna laktacyjna która może dać Ci dużo rad na temat karmienia i wlaśnie nauczyć przystawiania
      Była w szpitalu taka jedna dziewczyna, która nie miała pokarmu i była bardzo bardzo młoda. Poszła do położnej - niestety trafiła na najgorszą z możliwych- a ona do niej, że przecież matki nie zastąpi. Dziewczyna była tak roztrzęsiona, bo dziecko płakało, a ona sama i środek nocy. Ale ogólnie to położne były pomocne w nocy jak coś się działo. Widziałam że nawet potrafiły zabrać maluszka aby mama mogła odpocząć ;)

      Delete
    2. Ja zastanawiam się nad szpitalem na Kamieńskiego. Słyszałaś może coś o nim?
      Właśnie takich sytuacji jak tamta dziewczyna najbardziej się obawiam.

      Delete
    3. Ja z góry przekreśliłam Kamieńskiego bo słyszałam niezbyt miłe opowieści. Ale to wszystko zależy od osoby. Brochów jest dobry do porodów naturalnych, a Borowska do cesarek - świetnie zszywają i ogólnie są przystosowani bo mają bardzo dużo cięć. Podobno też Chałbińskiego jest super- czyli Kliniki :)

      Delete
  7. Juz Ci chyba kiedys pisalam, ze silna i dzielna z Ciebie kobieta i jak widac nie pomylilam sie :)

    Przykro mi, ze nie ominely Cie te chwile trwogi, ale najwazniejsze, ze oboje jestescie juz w domu - cali i zdrowi.
    Co prawda rodzilam naturalnie, ale tez stracilam duzo krwi. Z tego co udalo mi sie dowiedziec to w porodzie przedwczesnym macica nie byla jeszcze dobrze przygotowana i musieli mi podac podwojna oksytocyne bo macica nie chciala sie obkurczac. No i dostalam jeszcze jakies infekcji. Z anemi postawilo mnie na nogi zelazo i kwas foliowy. Pozdrawam goraco

    ReplyDelete
    Replies
    1. Własnie bardzo dużo podawali tego żelaza :)
      Dziękuję bardzo :)

      Delete
  8. Cudownie, że jesteście razem i że się dobrze czujesz!!! Cieszcie się sobą i poznawajcie się, to piękne chwile! Nie zapomnij jednak dbać o siebie! (teraz to łatwo mi się mądrzyć, pięc i pól miesiąca po porodzie ;)

    Fajnie, że (w większości) trafiłaś na taką profesjonalną opiekę :) To na pewno pomaga w dochodzeniu do zdrowia :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Staram się staram :)
      Jednak szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko ;)

      Delete
  9. Opisy porodów zawsze powodują u mnie morze łez... Jesteś niesamowicie silna i dzielna, ja po porodzie długo dochodziłam do siebie, nie wiem jak dałabym sobie radę sama. Naprawdę podziwiam :*.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Mi bardzo pomogła mama. I śmiałam się, że była lepsza niż facet bo doświadczona ;p

      Delete
  10. Ale jesteś dzielna! Brawo dla Ciebie i małego Rycerza!
    Bardzo szybko wróciłaś do sprawności, u mnie na sali leżały dziewczyny po cesarce i nawet 3-4 dni po porodzie nie mogły same wstawać. Podobno, jak się zaciśnie zęby i szybko wstanie to i potem jest łatwiej.
    Ale godzina cesarki kosmiczna :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. To prawda- nawet anestezjolog się śmiała, że chyba nigdy się nie spodziewałam, że o takiej godzinie przyjdzie mi rodzić a to jeszcze przez cięcie ;)
      To samo mówiły położne- że jak wcześniej się wstanie to łatwiej jest. Najgorzej to długo leżeć.

      Delete
  11. Ja swojego porodu nie wspominam dobrze mimo, że opiekę miałam znakomitą. Przy okazji nominowałam cię do Liebster Blog Award

    ReplyDelete
  12. No kochana, miałaś "atrakcyjny" poród. Musisz być teraz silna dla syna i wiem, że dasz radę bo dla największych skarbów zniesie się wszystko.

    ReplyDelete
  13. Jeszcze raz gratulacje :-) Syn to wspaniała sprawa. I gratuluje takiej siły. Ale dziwne, że pozwolili Ci tak szybko wstać. U mnie w szpitalu wszystkim dziewczynom po cesarce nie pozwalano nawet usiąść do 12 godzin po.

    ReplyDelete
    Replies
    1. To u nas było tak, że jak jedna z dziewczyn nie chciała usiąść po 10 godzinach to jakie złe były te położne. Wręcz ją do tego zmusiły. tłumaczyły że powinno się siadać po około 6 godzinach a wstawać po 10-12. Ale widzę co szpital to inaczej, bo w większości to się leży te 24h.

      Delete
  14. No Kochanaaaa... jestem z Ciebie mega dumna! Wszystkie przyszłe mamy powinny przeczytać Twój wpis i wziąć go sobie do serca. Taka postawa jest po prostu idealna. I dzięki własnej silne, uporowi, temu zastrzykowi energii wszystko świetnie zniosłaś... Bo po cesarce właśnie najważniejsze jest to, by jak najszybciej się uruchomić, wiem, że boli, że nie jest łatwo, ale trzeba się przemóc... Nie rozumiem kobiet, które zalegają w łóżkach i mężowie wszystko im pod nos podkładają (tak niejednokrotnie było u mnie w szpitalu). Wiem, że niektóre faktycznie mogą się źle czuć, ale gdy widzę, że taka mądra to ma siłę rozkazywać i dyrygować i jest taka cwana, to wstać też by mogła, ale niestety dupy nie chce się ruszyć, a potem mają za swoje.
    Wielkie brawa dla Ciebie. Dzięki temu teraz jest Ci o wiele łatwiej i możesz bez problemu zajmować się Kamilkiem :) Gratuluję z całego serduszka. Niech Maluszek rośnie zdrowo, a Wy cieszcie się sobą :*

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dziękujemy bardzo :)
      O tak! Takie kobiety są najgorsze! Albo te typowe panikary, które nawet nie spróbują a już się zarzekają, że im się nie uda. Nie potrafię zrozumieć takiej podstawy, bo przecież taka kobieta ma tak silne poczucie, aby być sprawnym własnie dla tego Maluszka. Mnie denrwowało to że długo zajmowało mi wstawanie pierwszej nocy- bo chciałam wszystko zrobić sprawnie aby psychicznie nie odczuć dyskomfortu, że czegoś nie potrafię.

      Delete
  15. Powiem Ci, ze moja historia porodu wyglądała całkiem podobnie. Nawet z macicą miałam ten sam problem, ale w odróżnieniu do Ciebie ja cały czas słyszałam co się dzieje i określenia lekarzy w stylu "macica flak"... Ogólnie mój poród zaliczam do najcięższych doświadczeń życia, ogółem spędziłam w szpitalu 2 tygodnie, a ile rzeczy ze mną robili żeby wywołać poród to tylko niebiosa wiedzą. Balonik Foleya skończył się u mnie chyba litrem krwi na podłodze, a kroplówki z oksytocyny (było ich 3) trwały po 7 godzin na fotelu ginekologicznym, gdzie ani usiąść ani się położyć... A wokół krzyki rodzących. Gdy już doszło po tygodniu udało im się odprowadzić mnie do "porodu" tj. skurcze co pięć minut okazało się, że z szyjką nic się nie dzieje, dziecko nawet się nie przesuwa w dół, nawet nie ma mowy o rozwarciu. Byłam załamana, chcieli dalej mnie faszerować oksytocyną i wreszcie wtedy mąż powiedział "basta", całą noc skurcze, tyle kroplówek i jeszcze jedna? Zapytaliśmy czy dają gwarancję, że po tej kroplówce urodzę. Nie dawali. Nie zgodziłam się na kolejną i w tym momencie stwierdzili, że muszą ciąć. Ciąża przenoszona, wody zatrute, dziecko zakażone bakterią Coli i kolejny tydzień w szpitalu. Potem problemy z napięciem mięśniowym, wizyty u neurologa i rehabilitantki, straszyli nas że Melania będzie opóźniona... Masakra. Moja historia porodu to dramat, ale z dramatu jak słońce wyłoniła się moja córka :) dlatego wymazałam wszystko z pamięci i tylko gruby bliznowiec czasem mi przypomina co przeszłam, żeby ją wciąż w ramiona...

    ReplyDelete
    Replies
    1. U mnie z tym Foleyem było tak samo- też poszło dużo krwi. Ale ten doktor to do końca życia zapamiętam jego wyraz twarzy i jego chamstwo. Miałam ochotę kopnąć go porządnie w twarz jak na siłe wszystko robił i był przy tym taki wredny ;/
      U mnie akurat było problemu z cesarką- ale ja też na starcie (po tym jak mi napisałaś kiedyś, że mam się nie godzić na wszystkie straszne metody) powiedziałam im, że jak to nie zadziała to cesarkę mają robić, bo nie będę przechodziła tego dłużej jak z dnia na dzień tętno dziecka coraz niższe. I na szczęście, nie było gadania. Lekarz fajny przejął zmianę więc padła decyzja o cc. Ale jakby zmianę miał tamten dupek, to nie wiem czy by się skończyło tak ładnie, czy by mnie też tak męczył ;/

      Delete
  16. Podziwiam Cię! Jesteś silna kobitka! Leżałam na jednej sali z dziewczyną którą przywieźli po cesarce, widziałam jak się męczyła, jak ją wszystko bolało.. Pierwszej nocy została sama z dzieckiem, a nie była w stanie nawet się podnieść żeby je wziąć na ręce. Super, że szybko odzyskałaś siły. Gratulacje i dużo zdrowia dla Was!

    ReplyDelete
  17. Dobrze przeczytać, że u Ciebie i synka wszystko w porządku :-). Jesteś bardzo dzielną kobietą i zapewne jesteś i będziesz cudowną matką. I to prawda, że jeśli chodzi o nasze dziecko, to nie czujemy bólu, głodu ani zmęczenia, byle tylko ono było bezpieczne i szczęśliwe :-).

    ReplyDelete
  18. Gratuluję Ci Kochana! :) Super, że jesteś już po, masz już swojego Skarba przy sobie :)
    Cieszę się, że ogólnie masz pozytywne wspomnienia z przebiegu porodu, że sprawnie poszła cesarka, w sensie, że Cię nie wymęczono przez długie godziny zanim się na nią zabrano.
    A Ty nie miałaś planowanej cesarki? Jakoś wydawało mi się, że tak było.

    ReplyDelete
  19. Dzielna z Ciebie kobieta, na szczęście wszystko się dobrze skończyło i nie trzymali Was za długo w szpitalu. Rodziłam SN, ale też straciłąm dużo krwi, pamiętam, że nie miałam siły podnieść się i iść do łazienki, a jak brałam prysznic to mało nie upadłam, dobrze że było krzesło usiadła nam nim i po chwili dopiero odzyskałam siły na tyle żeby stanąć i wyjść z łazienki. Ale żeby wstać od synka zupełnie nie miałam problemów ;)

    ReplyDelete
  20. Nominowałam Cię do Libster Blog Award
    http://dziennik-mamy.blogspot.com/2014/11/troszeczke-o-mnie.html

    ReplyDelete
  21. tez sie zbieram do zrobienia wpisu ale brak czasu mi w tym absolutnie nie pomoga :) podziwiam cie ze wstalas tak szybko.... ja do tej pory sie mecze ale to moze zalezy od organizmu. Najwazniejsze ze slodki ksiaze jest juz z nami :*

    ReplyDelete
  22. Jesteś mega dzielna! Przypomniałaś mi te emocje, poród, cesarka, ból, strach o dziecko i radość, że już jest... Pod wieloma punktami mogę się podpisać 2 rękoma! I nogami też! Dużo siły dla Was! :*

    ReplyDelete
  23. Mój poród też był ciężki - najpierw 12h skurczów, a potem szybka cesarka, krwotok... długa historia, ale na szczęście synek urodził się zdrowy i silny, i dawał mi tyle energii, że zapominałam o bólu i osłabieniu :). Kiedy coś się dzieje boimy się o dziecko, a zapominamy o sobie. Zawsze mi się wydawało, że poród to taki naturalny proces, zupełnie się go nie bałam, a okazało się, że ledwo go przeżyłam. Teraz mój mały ma już 4 lata, a poród i pobyt w szpitalu wspominam bardzo miło.

    ReplyDelete